"Film o życiu"

Jeśli po obejrzeniu Broken Flowers mieliście wątpliwości jaką nową artystyczną drogę wybrał Jim, Limits of Control wyjaśnia tę kwestię. Najnowszy film ostatniego żyjącego niezależnego amerykańskiego reżysera to radykalne zerwanie nieśmiałego romansu z mainstreamem i powrót do źródeł. To "stary dobry Jarmusch", czy wam się to podoba czy nie.
Fabuła jest prosta. Bohater bez imienia przemierza przez hiszpańskie miasta i wsie spotykając na swojej drodze ekscentryków, z którymi nie rozmawia -- to oni rozmawiają z nim, przekazując mu enigmatyczne informacje na temat tajnej misji, której się podjął, tak tajnej że ani on sam ani jego rozmówcy nie znają prawdopodobnie jej celu, oraz zwierzając się ze swoich fascynacji nauką, kulturą i sztuką, a on słucha, popijając espresso z dwóch oddzielnych filiżanek, by następnie skonsumować kartkę papieru z kodem wskazującym mu dalszy szlak podróży.
O czym jest więc "Limits of Control"? Oczywiście... o życiu!
To metafora życia człowieka, rzuconego w wir wydarzeń, których nie rozumie, a w których musi brać udział, bo taka jest jego praca, bo tak wynika z jego kultury czy wychowania.
Życie jako bezustanna konwersacja, z ludźmi tak różnymi, że porozumienie z nimi nie jest praktycznie możliwe.
Życie jako droga, którą bezpiecznie przejść można jedynie dzięki bezwzględnemu przestrzeganiu surowych zasad, które sami sobie narzucamy.
Życie jako cierpliwe dążenie do celu, którego nie znamy, a po którego osiągnięciu nie jesteśmy ani lepsi, ani mądrzejsi, ani nawet na milimetr bliżsi tajemnicy istnienia.
Życie jako pasmo rytuałów i drobnych przyjemności, które umiejętnie dawkowane, dają prawdziwe uczucie spełnienia.
Życie jako wieczna samotność.
- Jak do cholery do tego doszedłeś?
- Użyłem wyobraźni.
Czy na pewno o tym jest ten film? Prawdopodobnie nie. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby był właśnie tym. Jarmusch rzuca tylko symbole, pokazuje szlaki. Którędy pójdziemy? Decyzja należy do nas.
Ciekaw jestem Waszych interpretacji.
Zaloguj się aby skomentować
doktor_pueblo
Z "ostatnim żyjącym niezależnym amerykańskim reżsyerem" to chyba trochę przesadziłeś. Co to znaczy "niezależny"? W jakim sensie np. Jarmusch jest niezależny a Woody Allen już nie?
michuk
To taki żarcik raczej, oczywiście że w Stanach mamy setki reżyserów tworzących filmy z pasji. Jarmusch pasuje mi jednak bardzo do takich określeń jak "niezależny" czy "bezkompromisowy" w znaczeniu "w dupie mam czy ktoś pójdzie na mój film i tak go zrobię". Taki jest właśnie "The Limits of Control" :>
doktor_pueblo
Ja rozumiem, że trochę to był żarcik, ale z drugiej strony skoro etykietki "niezależny" używa się tak powszechnie (zarówno w przypadku filmów, jak i muzyki), to można by podyskutować, co to słowo właściwie znaczy.
Przyjmując, że niezależny to taki, który robi co chce, to myślę, że Allen, Lynch, Solondz są równie niezależni, co Jarmusch. Nie widzę żadnej różnicy. A co z wielkimi reżyserami, którzy kręcą kino bardziej środka, jak Tarantino, czy bracia Coen? W jakim sensie oni są "zależni"? Czy nie robią po prostu tego co chcą?
bartekfm
Nie do końca mogę się zgodzić. Ogłądałem wywiad z Jarmuschem, w którym m.in. opowiadał w komiczny sposób jak spotkał kiedyś Jeana Luca Godarda, ale także właśnie o robieniu filmów "dla ludzi". Jasno stwierdził, że tworzy filmy właśnie dla ludzi i zależy mu na tym, żeby jak najwięcej widzów jego filmy oglądało i lubiło.
kocio
Hm, przy "Broken Flowers" nie miałem wątpliwości, że pojechał w jakieś dziwne klimaty, i to tak daleko, że ledwo widziałem tylne światła...
michuk
Tak? Dla mnie oprócz Ghost Doga to był najbardziej mainstreamowy Jarmusch, w takim sensie, że najbliższy konwencjonalnemu kinu gatunków.
olamus
Dopiero po obejrzeniu "Limits of Control" zaczęłam powoli kumać Jarmuscha, albo przynajmniej tak mi się zdaje ;).
Oglądanie tego filmu było dla mnie męczące, ale z drugiej strony zmusiło do myślenia nad celowością dłużyzn i niedopowiedzeń, które były powodem mojej irytacji. Po seansie stwierdziłam, że jest to rodzaj umiejętnej prowokacji reżyserskiej. Widzowie sami muszą sobie dopowiedzieć brakujące elementy fabuły (imię głównego bohatera, jego motywację, cel podróży).
W tym kontekście słowa " użyłem wyobraźni" nabierają innego znaczenia. Przeciętny widz, przyzwyczajony do tego, że mu się skrzętnie wszystko podaje na talerz i tłumaczy, będzie musiał nagle uruchomić wyobraźnię by ze strzępków informacji odtworzyć klarowną historię.
Według mnie w filmie 'Limits of Control' Jarmusch pyta o granice tego co można nazwać filmem. Do jakiego minimum fabularnego można zejść by można było jeszcze mówić o filmie w ogóle? A może takich granic po prostu nie ma?
pawesta
główny bohater z Ghost Doga, blondyna z .. chyba pożyczona od tego, no Lyncha? czy Tarantino? pewna znajomość hiszpańskiego się przydaje.
a film jest o tym, że jak lubisz ćpać to nie zabijaj polityków.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook