Bękarty Wojny, czyli jak zakończyłem Drugą Wojnę Światową
Quentin Tarantino... Jeszcze przed powstaniem jego najnowszego filmu wielu uznało, że stworzenie nawet quasi-poważnego obrazu na temat wojny to zbyt wiele dla tego specyficznego reżysera. Sam byłem dość zawiedziony ostatnimi dokonaniami "mistrza kiczu i odgrzewanych kotletów", bo ani zrobiony w stylu exploitation "Death Proof" ani romansujący z azjatyckim kinem akcji przydługi "Kill Bill" nie zachwyciły mnie nawet w połowie tak bardzo jak wiejące świeżością (mimo że tą z supermarketu) "Pulp Fiction" czy posępne i brutalne "Wściekłe Psy".
Od "Bękartów" nie oczekiwałem więc wiele, a po przeczytaniu mieszanych recenzji z Cannes, nie oczekiwałem prawie niczego. Trzymałem tylko po cichu kciuki za to, żeby nie było zupełnej klapy. Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy tuż po rozsadowieniu się w fotelu kinowym zostałem dosłownie porażony genialną wprost pierwszą sceną na farmie (ewidentne nawiązanie do rzezi McBainsów z "Dawno temu na Dzikim Zachodzie")! Wszelkie obawy w jednej chwili prysły a ja z rozkoszą oddałem się dwuipółgodzinnej filmowej uczcie.
"Bękarty Wojny" to film o Drugiej Wojnie Światowej jakiego nie widzieliście nigdy wcześniej. To jednocześnie bajka, produkt wyobraźni, krwawa filmowa fantazja i moralitet w jednym.
Amerykański wywiad wojskowy wysyła w specjalnej misji do okupowanej przez Nazistów Francji wyselekcjonowaną grupę żydowskich komandosów-straceńców pod dowództwem Aldo "Apacza" Raine'a (Brad Pitt). Ich zadaniem jest sianie przerażenia wśród niemieckich żołnierzy poprzez partyzanckie ataki na co mniejsze oddziały i stosowanie indiańskich metod wojennych, włączając w to skalpowanie zwłok czy wykorzystywanie kija bejsbolowego jako narzędzia wykonywania wyroków śmierci -- w roli kata, czyli "Niedźwiedzia" (Żydo-misia?) z bejsbolem, Eli Roth. Misja jest dość udana, Naziści skamlą i błagają o wybaczenie, a Bękarty świetnie się bawią przy kolejnych udanych nagonkach Ale... jeśli ktoś ma nadzieję, że film koncentruje się na przygodach bandy Pitta, będzie zawiedziony.

Bękarty: "Bear Jew" (Eli Roth), "Apache" (Brad Pitt)
To nie do Pitta, lecz do nikomu wcześniej nie znanego Christophera Waltza, należy ten film. Austriacki aktor telewizyjny kradnie go już na samym starcie, by delektować nas swoją grą aż do samego finału. Walz jest porucznikiem Hansem Landą, zwanym "Łowcą Żydów". Jego głównym zadaniem jest... no cóż... polowanie na Żydów, biedaków ukrywających się na strychach i w zatęchłych piwniczkach ludzi dobrej woli, takich jak poczciwy francuski farmer, którego to Landa nawiedza we wspomnianej już pierwszej scenie filmu. Polowanie i zabijanie -- to dla Landy chleb powszedni. Ale nie jest on bezdusznym urzędnikiem, wykonującym swoją robotę. Przeciwnie -- jest wirtuozem swojego fachu. Zabójczo inteligentny -- zdecydowanie wyróżnia się wśród amerykańskich i niemieckich żołnierzy, przedstawionych przez Tarantino jako prymitywnych półgłówków. Socjolog i psycholog w jednym. Potrafi złamać każdego odpowiednio dobranymi słowami. Mścić się i znęcać psychicznie na tyle zgrabnie, że... nieświadomie zaczynamy czuć do niego sympatię. Szacunek, gniew, okrucieństwo, współczucie -- w krótkiej rozmowie potrafi pokazać wszystkie te uczucia. A robi to tak naturalnie, że nie tylko francuski gospodarz, leczy również my zaczynamy mu wierzyć.
Mamy też trzecią bohaterkę, kobietę, następczynię Umy Thurman w roli twardej babki z ludzką twarzą, czyli Mélanie Laurent. Shosanna jest Żydówką, która cudem (czy aby na pewno?) uniknęła śmierci w pierwszej scenie filmu, by uciec do Paryża i przejąć po zmarłej ciotce obsługę dużego kina. Na miejscu poznaje niemieckiego bohatera wojennego, który natychmiast się w niej zakochuje. Nie mamy tu jednak tradycyjnej historii miłosnej. To chyba zresztą jedyny amerykański film o wojnie, w którym brakuje tego nieodzownego, wydawałoby się, elementu. Na szczęście brak emocjonalnych wzruszeń rekompensują wiadra nazistowskiej krwi, przelewające się po ekranie (straszne marnotrawstwo ketchupu!)
Tarantino zdradził w wywiadzie, że część scen, które wykorzystał w Kill Billu, pisał początkowo dla roli Shosanny. Po powstaniu postaci Czarnej Mamby, Shosanna została jednak pozbawiona wielu swoich początkowych zdolności. Z zimnej snajperki bezwzględnie mordującej niczego nie spodziewających się Nazistów stała się... fanatyczną miłośniczką X muzy przygotowującą wraz z kochankiem-Murzynem wyrafinowany plan zemsty na niemieckich najeźdźcach.

Mélanie Laurent - Żydówka-kinomanka
To co mnie zaskoczyło, znając wszystkie wcześniejsze dzieła Tarantino, to fakt, że "Bękarty" są... niesamowicie zabawne. Chwilami nawet całkowicie powalają na kolana. Gesty Laurent, gdy ta próbuje zniechęcić do siebie nachalnego niemieckiego dzieciaka... Sposób mówienia i zachowania Pitta, który kreuje wybitną parodię naiwnego (czy wręcz tępego) ale bohaterskiego i okrutnego Amerykanina z Południa... Czy krótki epizod z Mike'iem Myers'em w biurze Churchilla... czy Pitt z Rothem i Doomem w przebraniu, próbując udawać Włochów na premierze niemieckiego hitu... Czy w końcu Waltz, jego mimika i sarkastyczne komentarze w ciągu całego filmu... Czy Hitler... Wszystko to sprawia, że "Bękarty" to -- wśród amerykańskich dramatów wojennych -- prawdopodobnie najzabawniejsza komedia wszech czasów.
A co z fabułą?
[Uwaga, niektórzy mogą uznać że na dole znajduje się spoiler. Ja uważam jednak, że nie można zaspoilować Tarantino, stąd brak znaczka (!) przy recenzji filmu. Jeśli jednak dowiedzenie się o tym, że Hitler zostaje rozstrzelany przez "Niedźwiedzia" całkowicie zepsuje Ci seans, to oczywiście zachęcam do zaprzestania czytania w tym miejscu. Ostrzegałem!]
Tak, jest również fabuła. Jest prosta jak na Tarantino, liniowa, ale zupełnie nieprzewidywalna. Mimo że wiemy jak to się wszystko skończy, wiemy że Hitler i Goebbels zginą (ta scena dosłownie zrzuciła mnie z fotela kinowego!) a wojna skończy się nieco wcześniej niż planowano, to nadal nie wiemy JAK to zostanie pokazane. A to w kinie Tarantino jest przecież najważniejsze.
Nie mogło się obyć również bez wyśmienitych kreacji aktorskich! Quentin zwykle wynajduje aktorów spod ziemi, ale tym razem przeszedł samego siebie zatrudniając do głównej roli Christofera Waltza. Oglądanie jego gry to przyjemność sama w sobie. Nawet gdyby film nie pokazywał niczego więcej niż jego ruchy twarzy i tak warto byłoby się na niego wybrać. Pitt, Laurent, ale również aktorzy drugo- i trzecioplanowi nie ustępują jednak na krok, a klimat, połączenie sposobu filmowania, scenografii i muzyki tworzy coś czego jeszcze nie widzieliśmy na ekranie kinowym.
Sam zamierzam wybrać się na film ponownie, jeszcze przed polską premierą, bo filmy Tarantino mają to do siebie że smakują zawsze lepiej za drugim czy trzecim razem. A "Bękarty wojny" to najlepszy film Tarantino od lat!

olamus
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!UWAGA SPOILERY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Podobało mi się to co "The Economist" napisał o tym filmie, że jest to "a good old revenge fantasy" (stara dobra odwetowa fantazja). Oglądamy ten film i czekamy, aż sprawiedliwości stanie się zadość, a zbrodniarze zostaną ukarani. Kiedy dochodzi do finału mamy ochotę przyklasnąć i krzyknąć - tak właśnie powinno być! Tarantino jest świadom reakcji widza, ale na szczęście sprowadza nas na ziemię - nieprzypadkowo cała jatka odbywa się w kinie.
Myślę, że Tarantino należą się brawa za ten koncept.
No i oczywiście za C. Waltza ;)
Esme
Ta notka zawiera najbardziej nowatorskie ostrzeżenie przed spojlerem, jakie widziałam w życiu. :]
michuk
Staram się :)
umbrin
Pierwszy Kill Bill zachwycił mnie. Ta notka wróży naprawdę dobrą, świeżą porcję tarantinoskiego kina.
michuk
No i obejrzałem po raz drugi Bękartów. I po raz drugi się zachwyciłem! Oglądając ten film czułem się jak dziecko, które po raz pierwszy jest w kinie i zachwyca się dosłownie wszystkim co widzi na ekranie, bezkrytycznie przyjmując seans. To cholerna sztuka wyzwolić tak pierwotne emocje i za to Q.T. ma u mnie młodzieżowego "szacuna".
Przy okazji polecam świetny felieton Sobolewskiego z dzisiejszej Wyborczej: Dziwoląg Tarantino. Krytyk przechadza się po wszystkich filmach reżysera (poza Jackie Brown) i bardzo trafnie charakteryzuje to co robi na ekranie Quentin. Polecam przeczytać jednak po seansie Bękartów, bo Sobolewski zawarł na końcu nieco więcej "spoilerów" niż ja w powyższej recenzji.
adz
To czemu "tylko" 8?
michuk
Bo oglądałem całkiem niedawno "Pulp Fiction" i Bękarty mimo wszystko są o te 2 punkty niżej :)
Co nie zmienia faktu, że to dla mnie drugi, po Wrestlerze film tego roku. Nieco przed "Przerwanymi objęciami" Almodovara (recenzja wkrótce) i "Public enemies" Manna.
Esme
Uwaga, jest tam również dość paskudny spojler "Wściekłych psów".
Esme
W tym saloonie nie ma nikogo, kto byłby w stanie podskoczyć Waltzowi. Ja widzę i doceniam dobre aktorstwo u innych - Pitt, Laurent - ale on jest poza konkurencją. Po tym jednym filmie już ma u mnie rispekt.
pshm
Krótko: byłem, widziałem, pójdę jeszcze raz z przyjemnością. Dawno już się tak dobrze w kinie nie ubawiłem :)
alekpakulski
No rewelacja po prostu. Zgadzam się z opinią o pierwszej scenie. Bardzo mi się spodobało, że angielski nie był jedynym językiem, który można usłyszeć. Wybieram się raz jeszcze.
jagas
Cóż, czytając te wszystkie zachwyty mogę powiedzieć tylko jedno: "Correcto!"
moremore
Hm, a niedawno jakieś dyskusje tu były, że się z Tarantino wyrasta, że się skończył, czy coś ? :)
Świetny film, rewelacja. Pokazał właśnie, że ma pazury. Bardzo mi się podobał. Trzyma w napięciu od początku do końca, nie przypominam sobie ani chwili, żebym mogła stracić zainteresowanie. To taka mieszanka komedii (specyficzne, tarantinowskie poczucie humoru) i filmu grozy, nawet jak się bawisz czujesz pulsujące zagrożenie. Jaki scenariusz, palce lizać ! I ten powolny, niespieszny sposób narracji, nawet w momentach wybitnie dramatycznych. Tarantino nigdzie nie pędzi, dynamika sama rośnie :)
O aktorstwie pisaliście, nie będę powielać.
Specjalnie nie czytałam nic na temat filmu przed seansem, nie chciałam nic wiedzieć :) Teraz będę wszystkim polecać.
unnami
Ja dam nawet 9 dla tego filmów, był niesamowity i bardzo mi się podobał. I też miałem ochotę wstać i klaskać po seansie.
Esme
Jednym słowem, entuzjazm. Czy ktoś jeszcze pamięta, co nie pasowało krytykom w Cannes?
michuk
Moim zdaniem po prostu nie znają się na kinie tak jak Filmasterzy i tyle :>
mrcichy
Pod wszystkimi wypowiedziami mogę się podpisać...no, nie pod wszystkimi. Felieton Sobolewskiego odradzam. Szczerze.
umbrin
Co do Christophera Waltza to w pełni zasłużenie dostał Złotą Palmę za rolę Hansa w tym filmie. Pewnie też zgarnie dodatkowo jakiegoś Oscara.
michuk
Chodzą słuchy, że nominowany będzie do Oskara jako najlepszy aktor.... drugoplanowy. Nie liczyłem wprawdzie, ale wydaje mi się, że w Bękartach jest najczęściej pojawiającym się aktorem na ekranie (pojawia się jako jedyny we wszystkich pięciu aktach). No, ale Akademia rządzi się swoimi prawami i nie mnie tu wnikać...
Aktualizacja: Jednak wystąpił tylko w czterech. W drugim go nie było.
doktor_pueblo
Z lekkim opóźnieniem, ale i ja wybrałem się w końcu na film. No i tak, zgadzam się: genialna robota warsztatowo i świetna zabawa. Wahałem się w ocenie między 8 a 9, zostało 8, może po drugiej projekcji podniosę o oczko.
Jednak jak zawsze gdy oglądam filmy Tarantino, mam to uczucie jakiegoś żalu z marnowania talentu. Ciągle myślę, że Tarantino się rozdrabnia, że mógłby stworzyć arcydzieło, a zamiast tego woli się bawić. Wściekłe psy były na poważnie, a potem już coraz więcej żonglerki filmowymi cytatami i konwencjami, czyli po prostu zabawy kinem.
Ale może się mylę, może Tarantino nie potrafi inaczej. I może trzeba się z tym pogodzić i cieszyć z tego co jest :)
michuk
Potrafi, bo pokazał to właśnie we Wściekłych Psach. Ale to jedyny film, przy którym ktoś na niego wpływał, nie miał w nim w 100% ostatniego słowa. Co ciekawe, to też jedyny film który ma świadome podteksty (bo powiedziano mu, że dobry film powinien mieć drugie dno).
Po nakręceniu psów Q.T. powiedział sobie "nigdy więcej". Wystarczająco wiele filmów jest "o czymś". Ja będę robił filmy, na których ludzie będą się dobrze bawić.
Więc nie jest tak, że nie umie. Po prostu nie chce, nie uznaje tego za wartość.
To wszystko oczywiście moje wnioski z przesłuchanych w ostatnim czasie chyba z 10 wywiadów z Q.T. (najlepsze są te z Charliem Rose).
doktor_pueblo
No tak i pewnie dlatego Tarantino był bardzo niezadowolony z tego co Stone zrobił z jego scenariuszem w Urodzonych mordercach.
Zdaję sobie sprawę, że taki już Tarantino jest. Ale nawet w rozrywce można się trochę bardziej postarać. Dla mnie on jest jak wybitny dj, który świetnie miksuje różne style i kawałki. Ale niestety nie jest do końca / nie chce być ARTYSTĄ, który tworzy coś absolutnie nowego i oryginalnego. Np. świetnie kopiuje styl Sergio Leone, ale to jednak wciąż jest styl Sergio Leone i to on w związku z tym jest prawdziwym twórcą. Tarantino zadowala się rolą iluzjonisty...
michuk
Dla mnie DJ miksujący style to też artysta, jeśli robi to dobrze i tworzy przy tym nową jakość. Ja nie widzę w stylu Tarantino kopii filmów Leone. Nawet w scenach, które inspirują się Leone. Leone nie potrafiłby zrobić Pulp Fiction. Tarantino nie potrafiłby zrobić Once Upon a Time in America.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook