Filmaster

watch.review.share

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Wariacja na temat

Nienawidzę musicali. Są głupie, infantylne, nie wnoszą niczego nowego, a w dodatku najczęściej nie mają praktycznie fabuły, przez co w kinie zwykle na nich przysypiam.

Jedyny musical, który przypadł mi do gustu to Sweeney Todd, o golibrodzie-mordercy z Fleet Street. I to również tylko dlatego, że była to tak naprawdę czarna komedia przerywana piosenkami, w której, na domiar dobrego, grał Johnny Depp (a to byłoby dla mnie dobrą wymówką na obejrzenie nawet najgorszego kitu, choć szczęśliwie Depp nie zagrał w wielu filmach, które można określić tym mianem.)

Czy piszę więc tę notkę, żeby się sadystycznie poznęcać nad Robem Marshallem, którego wyniesione pod niebiosa Chicago spłynęło po mnie, jak... coś co bardzo dobrze po kimś spływa?

Nie, nie piszę tego w tym celu. Podejrzanie wysokie oceny z prawej strony mogły już Was zresztą naprowadzić na ten szlak. Piszę, bo najnowszy hollywoodzki musical, który miał był oskarowym hitem, lecz przepadł jeszcze przed startem, zmiażdżony przez krytyków, po prostu mi się podobał.

Dziewięć jest szaloną próbą reinkarnacji Osiem i pół, znakomitego dzieła Federico Felliniego, określanego przez niektórych nawet najlepszym filmem wszech czasów. O ile jednak wyraźnie autobiograficzny obraz (to dobre określenie na ten film) mistrza kina wymaga od widza skupienia i wzbudza do refleksji, jego musicalowa adaptacja przede wszystkim bawi i wzrusza.

Fabuła Dziewięć, jak trafnie określiła to Ola, ma się tak do Osiem i pół jak ułożone i sklejone puzzle do pudełka z ich kawałkami. Oglądanie Felliniego to żmudne składanie ich ze sobą, oglądanie Marshalla to podziwianie efektów pracy kogoś, kto ciężką robotę wykonał za nas.

Co jest więc tak fascynującego w patrzeniu na gotowe? Oba filmy oglądałem dzień po dniu. Marshall pomógł mi więc ułożyć obrazy kreowane przez Felliniego w spójną całość. Znaczenie niektórych scen, jak tej ostatniej, najbardziej chyba znanej z Osiem i pół, zrozumiałem dopiero po tym jak to samo, ale "na chłopski rozum" pokazał mi Marshall.

Ale musical Nine to nie tylko proste usystematyzowanie dzieła Felliniego. To również jego interpretacja, czy też -- może nawet bardziej -- wariacja na jego temat. Wizjonerskie obrazy i rozbudowaną fabułę zastępują tu więc popisy piosenkarskie aktorów i aktorek, które bardzo dobrze wbudowane zostały we właściwą akcję i uzupełniają oszczędne dialogi, dając każdemu szansę wyrzucenia z siebie żalów do świata.

To co ostatecznie przekonało mnie jednak do Nine, to fakt, że praktycznie ta sama historia zdołała mnie po raz kolejny poruszyć. Szczególne zasługi w tym względzie ma niewątpliwie wspaniała Marion Cotillard, której Luisa Contini zdeklasowała aktorkę z filmu Felliniego, dodając głębi zaniedbywanej żonie reżysera, która jednocześnie podziwia go i nienawidzi.

Tego nie udało się osiągnąć ani przestylizowanemu i przydługawemu Chicago ani cukierkowatemu i nudnemu jak flaki sojowe Moulin Rouge i za to wielkie brawa dla reżysera Roba Marshalla.

Dziewięć ma wady. Penelope Cruz śpiewa źle, a w dodatku sfilmowana została w sposób zbyt dla mnie wulgarny. Daniel Day-Lewis bardzo się stara imitować włoski akcent, co szalenie irytowało mnie przez początkową część filmu, ale w porównaniu z Meryl Streep z Co się wydarzyło w Madison County osiąga efekt na granicy śmieszności. Takich drobnych niedociągnięć jest w filmie nieco więcej, ale w ogólności aktorzy poradzili sobie ze swoimi rolami bardzo dobrze i -- co najważniejsze -- historia przedstawiona została oszczędnie i wiarygodnie.

Miłośnicy musicalowego blichtru i bajek na ekranie będą zapewne zawiedzeni, ale jeśli tak jak ja nie lubicie tradycyjnych musicali, nie wierzcie krytykom i spokojnie idźcie na Dziewięć, najlepiej przypominając sobie przedtem arcydzieło Włocha.

michuk Borys Musielak

Zaloguj się aby skomentować

czara czara

Dzięki za tę notkę. Nie zwróciłabym uwagi na ten film wrzucając go do kategorii właśnie "Moulin Rouge itp", ale teraz czuję, że muszę iść na niego do kina. Osiem i pół Felliniego zrobiło na mnie wielkie wrażenie, jestem bardzo ciekawa "wariacji".

.

michuk michuk

"Dziewięć" nie jest zdecydowanie filmem, na który "trzeba iść", czy nawet takim który "warto obejrzeć". Nie wnosi wiele do tematu, w porównaniu z Osiem i pół jest płaski jak... coś bardzo płaskiego (przepraszam, czytam za dużo Pratchetta ostatnio).

Ale jako rozrywka sprawdza się (dla mnie) dużo lepiej niż wspomniane musicale, choćby dzięki możliwości ciągłego porównywania jak Marshall przetworzył kolejną scenę Felliniego. A ze względu na na zachwycającą Cotillard, oglądanie go w kinie było dla mnie prawdziwą przyjemnością.

.

Esme Esme

Tak mi się coś wydawało, że to pratchettowa maniera jest, z tymi porównaniami. :)

.

unnami unnami

Właśnie wróciłem z kina, prawdopodobnie najbardziej oczekiwany przeze mnie film roku 2009 mnie lekko zawiódł. Piszę lekko bo oczywiście przejemnością było oglądać Nicole, Penelope, Marion... Nie mniej jednak było to bardziej coś jak zlepek występów. Historia jakoś nie miała kleju, nie wywołała jakichś emocji. Fantastyczny występ Fergie... Świetna Marion i Penélope... i tyle... słabe 7...

.

michuk michuk

No widzisz ile znaczą oczekiwania. Ja też dałem 7/10, ale jako że oczekiwałem knota, wyszedłem z kina bardzo zadowolony.
Pytanie za 100 punktów: widziałeś 8 i pół?

.

lapsus lapsus

Michuk - ja w sprawie formalnej. Nie wszystkie musicale są do bani. Oprócz Nine i Sweeney Todda znam kilka, które pragnąłbym Ci zarekomendować, no i jestem ciekaw Twoich opinii. Przede wszystkim Bob Fosse i jego "Kabaret" oraz doskonały "Cały ten zgiełk", "Hair" Formana, "Tańcząc w ciemnościach" von Triera. Niejaki Bachtin twierdził, że arcydzieła powstają poprzez nobilitację gatunków popularnych, np. "Zbrodnia i kara" jest genialnym kryminałem. Myślę, że powyższe przykłady filmów muzycznych potwierdzają tę tezę.

.

michuk michuk

Zgoda odnośnie Hair. "Kabaret" mam ciągle na liście do obejrzenia, będę musiał zrobić to szybciej niż później. "Tańcząc w ciemnościach" to jednak bardziej film fabularny dla mnie, z piosenkami. Jak Sweeney Todd. Albo jak "O Lucky Man" Andersona.

Świetnym musicalem są za to "Parasolki z Cherbourga" Jacque Demy (męża Vardy :>) - i w dodatku to jest musical totalny, bo nie ma ani jednej frazy nieprześpiewanej.

Co nie zmienia faktu, że w ogólności musicale są do bani. Tak jak horrory.

.

lapsus lapsus

Ja bardzo polecam "Cały ten zgiełk". Może to nie jest też klasyczny musical, ale warto wg mnie. Spróbuj.

.

Oferma Oferma

potwierdzam. Nie znoszę musicali, ale Cały ten zgiełk jest kapitalny :)

.

doktor_pueblo doktor_pueblo

Musicale są "do bani" w tym sensie, że trudno jakoś pogodzić się z filmem, w którym ludzie ni z tego ni z owego śpiewają i tańczą, zamiast mówić.

Nie wiem jaka jest definicja musicali i czy rock-opery do nich należą, ale jeśli tak, to dla mnie numer jeden to "The Wall" Parkera (chodzą i śpiewają, więc chyba musical, aczkolwiek nie tańczą :))

.

lapsus lapsus

Taka konwencja, musicale zaczęły się wraz z dźwiękiem w kinie, to chyba wystarczająco długa tradycja, zresztą rodowodem z operetki, gdzie partie dialogowe były przeplatane piosenkami .

.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook