Wątpliwość
Kontekst: Szkoła prowadzona przez zakonnice i księży. Surowe reguły, surowa siostra trzymająca w ryzach szkolną społeczność. I nowy ksiądz. Wyluzowany, z mało tradycyjnym podejściem do nauczania. Konflikt metodyk nauczania, konflikt światopoglądu, nietolerancja. To jeszcze mało, bo dochodzi podejrzenie. Bardzo poważne podejrzenie. O "niestosowną" przyjaźń z młodym chłopcem, izolowanym ze względu na kolor skóry.
I tytułowe wątpliwości. Czy wewnętrzna pewność jest ważniejsza niż brak dowodów? I czy ta pewność wynika z doświadczenia, czy może jest efektem zakorzenionych stereotypów?
To wszystko brzmi jak materiał na świetny dramat. I faktycznie jest to materiał na świetny dramat. Ale... ja mam wątpliwości. Wątpię czy "Wątpliwość" można nazwać dobrym filmem. Temat niby oryginalny i ciekawy, aktorstwo -- pierwsza klasa (co potwierdzają w jakimś tam stopniu nominacje do Oskarów trójki głównych aktorów), ogląda się to przyjemnie, a wychodząc z kina mamy te same wątpliwości co siostra grana przez Meryl Streep. Ale... czujemy również spory niedosyt. I pewne rozgoryczenie. Bo mimo tych wszystkich zalet film został pięknie "położony" przez samego reżysera.
Chodzi głównie o oczekiwania. Idąc na hollywódzką produkcję zakładam z góry, że nie będzie się czego czepiać w kwestiach technicznych. Podobnie, oglądając teatr telewizji, skupiamy się na scenariuszu i aktorach, wybaczając niedostatki w takich dziedzinach jak zdjęcia, montaż, dźwięk czy muzyka (wiadomo -- niskobudżetowa produkcja, nie to tu jest najważniejsze).
No i tu mamy poważny zonk. "Doubt" sprawdziłby się doskonale właśnie jako teatr telewizji. Razi jednak jako film, bo oczekujemy tu czegoś więcej niż tylko treści -- ważna jest również forma. A ta w filmie Johna Patricka Shanley'a wyraźnie kuleje.
Łatwizna na jaką poszli twórcy wręcz razi. Gdy bohaterka jest smutna i niespokojna, potwierdza to padający za oknem deszcz. Piorunujący dialog bez porozumienia puentuje nagła zawierucha z liści. Cały film składa się z tego rodzaju tanich efektów, których wystrzegają się zapewne już nawet co bystrzejsi studenci w swoich etiudach. Niestety poza chwilowym zażenowaniem widza, triki te sprawiają również że klimat filmu kompletnie siada i w związku z tym ciężko jest faktycznie przejąć się dylematami bohaterów. Nawet końcowa scena, przewidziana jako kulminacja tychże, nie zaskakuje, nie porusza, wydaje się pusta i jakby "odbębniona", bez wyrazu.
Jaki z tego wszystkiego wniosek? Czy reżyserzy teatralni nie powinni robić filmów? A może po prostu "Doubt" to sztuka typowo sceniczna i jej przeniesienie na srebrny ekran nie mogło się powieść? Ja skłaniam się raczej do tezy, że film został spartolony przede wszystkich przez brak "czucia" sztuki filmowej przez Shanley'a. Bo to materiał, z którego Aronofsky zrobiłby zapewne przerażający dramat, a Van Sant piękny, wyciszony i dający do myślenia film o relatywizmie i tolerancji. Trochę szkoda, że tak się jednak nie stało i dostaliśmy przeciętny obraz, który za czas jakiś stanie się zapewne "hitem tygodnia" w CanalPlusie lub HBO.
Zaloguj się aby skomentować
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook