Wrogowie publiczni to wporzo kolesie
"Wrogowie publiczni", najnowszy film Michaela Manna opowiada historię Johna Dilligera, słynnego gangstera ery Wielkiej Depresji. O tym panu poczytać możecie więcej w angielskiej Wikipedii (niestety w polskiej nie ma o nim za wiele):
John Herbert Dillinger, Jr. (June 22, 1903 – July 22, 1934) was an American gangster and bank robber in Depression-era United States. He was charged with, but never convicted of, the murder of an East Chicago police officer during a shoot-out. This was his only alleged homicide. His gang robbed two dozen banks and four police stations. Dillinger escaped from jail twice.
In 1933-34, seen in retrospect as the heyday of the Depression-era outlaw, Dillinger was the most notorious of all, standing out even among more violent criminals such as Baby Face Nelson, Pretty Boy Floyd, and Bonnie and Clyde. Media reports were spiced with exaggerated accounts of Dillinger's bravado and daring and his colorful personality. The government demanded federal action, and J. Edgar Hoover developed a more sophisticated Federal Bureau of Investigation as a weapon against organized crime and used Dillinger and his gang as his campaign platform to launch the FBI .[1]
After evading police in four states for almost a year, Dillinger was wounded and returned to his father's home to recover. He returned to Chicago in July 1934 and met his end at the hands of police and federal agents who were informed of his whereabouts by Ana Cumpanas (the owner of the lodge where Dillinger sought refuge at the time). On July 22, the police and Division of Investigation[2][3] closed in on the Biograph Theater. Federal agents, led by Melvin Purvis, moved to arrest him as he left the theater. He pulled a weapon and attempted to flee but was shot three times and killed.
Tylko uważajcie, bo są spoliery! :> Film dość wiernie odwzorowuje bowiem kilka miesięcy z życia Dillingera i jego bandy.
Na początek należy się krótki wstęp. Czekałem na ten film od roku. Mann nie serwuje nam jednego filmu na rok, niczym Woody Allen, ale za to poza kilkoma wpadkami, dostarcza zwykle porządne kino akcji, co jakiś czas ocierając się nawet o wybitność. Trudno więc się dziwić, że przed seansem miałem ogromne oczekiwania. Wymagałem czegoś wielkiego. A to daje bardzo wiele miejsca na późniejsze rozczarowanie...
Obejrzałem "Public enemies" w kinie, tego samego dnia kiedy film wszedł na ekrany Wielkiej Brytanii (czyli 1 lipca). Zobaczyłem coś zupełnie innego niż się spodziewałem. Ale to dobrze! Film nie jest powtórką "Gorączki" w klimacie lat 30-stych. Jest czymś nowym, czymś ciekawym, czymś odświeżającym.
Michael Mann postawił na eksperymenty techniczne. Film nagrany został kamerą cyfrową, w HD. I to widać, choć sam nie wiem czy to dobrze czy źle. Jest po prostu inaczej. Podczas seansu co rusz zmienia się też sposób filmowania. Niektóre sceny kręcone są z ręki (i trzęsie w nich jak cholera), w innych mamy powrót do tradycyjnego, czasem wręcz archaicznego filmowania. Przez cały film ma się jednak wrażenie, że obcujemy nie z fabułą, a z dokumentem. Szczególnie jest to widoczne podczas scen kręconych w komendzie policji, gdzie ma się wrażenie, że oglądamy wycinek archiwów nakręconych przez policyjnego kamerzystę-amatora (sposób filmowania a'la wideo z urzędu stanu cywilnego, jeśli wiecie o czym mówię).
Wszystkie te technikalia mają spory wpływ na odbiór filmu. Ja miałem wrażenie, że bohaterowie są jakby bliżej. Że nie oglądamy zmyślonej historii, a raczej podglądamy prawdziwe życie prawdziwych osób. To zresztą nie tylko zasługa kamery czy montażu, ale też samego scenariusza, dialogów. Słuchamy co ma do powiedzenia Dillinger i słyszymy normalnego faceta z krwi i kości, mówiącego o swoich marzeniach, które o dziwo też są jakieś takie normalne, zwyczajne ("wyjedźmy stąd gdzieś daleko, do jakiegoś ciepłego kraju"). I choć wiemy, że to nie do końca prawda, że obcujemy jednak z kimś kto zapisał się na trwałe w historii Stanów, to wydaje się, że to co sprawiło, że człowiek ten stał się tym kim się stał wynika raczej z szalonych czasów, w których przyszło mu żyć. A to wewnętrzne szaleństwo eksplodowało jakby przypadkiem.
"Wrogowie publiczni" to film przede wszystkim o przestępcach, to oni są na pierwszym planie i to z ich perspektywy opowiadana jest historia. Ciekawe jest to, że ich przemoc -- mimo, że miejscami powinna -- nie wstrząsa. Po kilku scenach staje się naturalna jak oddychanie, uznajemy ją za coś zwykłego, a walających się na ulicy rannych za część krajobrazu. Z kolei przemoc policjantów budzi naturalny sprzeciw, szczególnie gdy wymierzona jest w bezbronną kobietę.
Mann wydaje się mieć ogólnie jakiś niezdrowy przechył w kierunku przestępców, szczególnie tych "z zasadami" (choćby iluzorycznymi) jak Dillinger. Obawiałem się tego mocno, ale... akurat w tym filmie tego raczej nie widać. Ani gangsterzy ani policjanci nie są gloryfikowani, a przynajmniej nie na tyle, żeby wypaczyć to odbiór filmu. Na szczęście Mann to nie Spielberg ani Stone. On nie ocenia, nie dopowiada, nie wyjaśnia, tylko pokazuje nam historie.
Cieszę się, że nie dostaliśmy scenariusza pod tytułem "życie i czasy Johna Dillingera". Nie śledzimy losów słynnego przestępcy od czasu urodzin do śmierci. Nie wszystkie wątki z jego życia zostały wzięte pod uwagę (jak choćby zupełnie pominięta skomplikowana relacja z ojcem). I dobrze, bo to by tylko skomplikowało scenariusz, bez żadnej wartości dodanej. Zamiast tego dostaliśmy chronologicznie przedstawione -- ale jakby wyrwane z kontekstu -- ostatnie miesiące całkiem romantycznego faceta, który z braku lepszego pomysłu na życie, napadał na banki. I świetnie! Bo Johnny Depp wprost idealnie nadaje się do roli romantycznego straceńca (że przypomnę jego najlepszą rolę -- w "Truposzu" Jarmuscha).
Wszystko pięknie, ale wypada chyba napisać teraz parę złych rzeczy o filmie, co by nie było tak pięknie i entuzjastycznie... No więc: jest chaotycznie. A przynajmniej takie ma się wrażenie, może przez technikę filmowania, może przez "rwany" scenariusz, może przez nieco przydługi czas seansu. Może się też wydawać, że nie dowiadujemy się wiele o bohaterach, o tym co naprawdę czują (takie przeciwieństwo "Zapaśnika"). Szczególnie ma to zastosowanie do samego Dillingera, który mimo że jest na głównym planie, jest jakby myślami gdzie indziej. Można mieć takie wrażenie, nie przeczę, choć sam uważam, ze to celowy chwyt reżysera. Dillinger był przecież prostym chłopem. Nie był filozofem. Nie był może nawet zbyt bystry. Miał kilka talentów, ale ogólnie był po prostu kolejnym człowiekiem, który zagrał kilka razy życiu na nosie, tylko po to żeby w końcu życie zagrało jemu.
Dlaczego warto wybrać się na "Wrogów publicznych"? Chociażby po to, żeby obejrzeć kawałek historii, żeby popodziwiać sposób w jaki Mann odtworzył kryzysową Amerykę, żeby zobaczyć Johnnego Deppa, którego zawsze warto oglądać, nawet w produkcjach jak średnich jak "Rozpustnik" czy "Blow". Nie spodziewajcie się może filmu, który wytyczy nowe szlaki w historii kina, ale też nie ma co specjalnie narzekać, bo Mann dostarczył nam kolejny świetny film akcji w starym stylu, z naciskiem na fabułę i bez bombardowania efektami specjalnymi. Polecam.
Oficjalna strona filmu: www.publicenemies.net/
Oficjalny trailer: www.youtube.com/watch?v=dWof6CovHxI
Zaloguj się aby skomentować
umbrin
Notka z klasą. Obejrzę z wielką chęcią.
Esme
Moim zdaniem Mann trochę nie mógł się zdecydować, co właściwie chce osiągnąć. Stylizowanie na dokument i związane z tym zabawy techniczne - OK, ale z drugiej strony trochę scen jest skonstruowanych tak, jakby był to bardzo klasyczny film. Dodajmy, że bardzo dobry - te fragmenty miały dobrze zbudowany nastrój i bardzo angażowały widownię. Natomiast chaotyczne zdjęcia wyraźnie wszystkich dystansowały i film na tym ucierpiał. Jeśli Mann miał ochotę na romans paradokumentu z kinem sensacyjnym, powinien wcześniej obejrzeć "Man on wire", bo tam się to udało.
tonantzin
Podobnie jak Michuk miałam wielkie oczekiwania co do tego filmu. Przede wszystkim dlatego, że rzecz dzieje się w Stanach, w okresie historii, który bardzo lubię. Mann serwuje nam fajną lekcję nt. realiów wielkiego kryzysu, ale przede wszystkim Biura Śledczego Stanów Zjednoczonych, z takim zapałem rozkręcanego przez Hoovera.
Jeśli chodzi o kamerę z ręki to rzeczywiście czasem trzęsło aż za bardzo, ale wg mnie to właśnie skracało dystans, nadawało dynamiki i widz niemalże stawał się częścią akcji.
Jak to powiedział Johnny Depp w Late Show u Davida Lettermana: "Dillinger nie zabijał ludzi - on tylko strzelał w ich kierunku". Niewątpliwie główny bohater wzbudza sympatię widza, bo widzimy, że czuje, troszczy się o innych - chociażby jego zasada niezabierania pieniędzy zwykłym ludziom (w bankach też są pieniądze ludzi, no ale ok), jest bezczelny i brawurowo unika kary i śmierci. Do czasu oczywiście. Nie wiem czy to jakieś szczególne Manna upodobanie przestępców, ale następujące zabiegi (będącę zresztą sztandarowymi w nowych serialach amerykańskich): uniejednoznacznienie bohatera, pokazanie jego pozytywnych 'ludzkich' odruchów, ten relatywizm moralny i pozostawienie widzowi marginesu swobody w ocenie sprawdzają się zawsze.
michuk
Ciekawą interpretację samego tytułu wysnuł Krzysztof Bogumilski w swojej recenzji na ofilmie.pl: http://www.ofilmie.pl/recenzje/public-enemies/ - według niego "Wrogowie Publiczni" dotyczy właściwie wszystkich bohaterów występujących w filmie, czyli zarówno przestępców jak i ścigających ich, nie mniej (a może i bardziej) bezwzględnych gliniarzy.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook