Dość typowa komedia romantyczna z wampirami w tle. Do "Pozwól mi wejść" w swojej kategorii ma się mniej więcej jak "Django" do "Dobry, zły i brzydki" w świecie spaghetti westernów. Na plus: chemia między główną parą i kilka fajnych, "kinowych" scen. Na minus: fatalne CGI, całkowicie przypadkowy montaż i zdjęcia oraz nuda, nuda, nuda... aż chce się wyjść z kina.
Wydaje mi się, że aktorzy zagrali dokładnie tak jak chciała tego reżyserka. Dla mnie gra była przekonująca i odpowiednia do rodzaju filmu / historii. Dało się wyczuć między nimi jakąś chemię, czego zabrakło np. w najnowszym filmie Jane Campion ("Bright star"). Fajne były też niektóre postacie drugoplanowe, np Anna Kendrick w roli najlepszej kumpelki (w tym roku nominowana za Oskara za drugoplanówkę w "Up in the air").
Czyli wina spada na p. Hardwicke ? "Bright star" nie widziałem ale chyba już nawet nie chcę szukać co to za produkcja (o oglądaniu nie wspomnę). Mnie niestety nie udało się tej chemii zobaczyć =o( Z jednym się zgadzamy: drugi plan był znacznie ciekawszy niż pierwszy. Wspomniana przez Ciebie Anna Kendrick w roli Jessici, Ashley Green w roli Alice czy Taylor Lautner w roli Jacoba. Jedynie Graham Green wydawał się w tym wszystkim nie do końca przekonany na temat własnej poczytalności ;o)
Tzn akurat "Bright star" to o wiele ciekawszy film od Twilight (a może bardziej pasuje tu określenie: nie ma z nim nic wspólnego). Mnie nie przypadł do gustu ze względu na tę zimność relacji Johna Keatsa z Fanny Brawne i stąd o nim wspomniałem.
A sam Twilight ma IMHO tyle fatalnych wad, jak kiepski: - scenariusz (nie wypowiadam się o książce, podobno jest jeszcze gorsza, ale co z tego), - zdjęcia i montaż wyglądające jakby amatorowi dano profesjonalny sprzęt i kazano kręcić artystycznie, z jak największą liczbą krótkich ujęć, - czy budzące uśmiech na twarzy efekty specjalne, które po prostu nie powinny się były znaleźć w tym filmie, jeśli nie było na nie budżetu, że znęcanie się nad aktorami jest jak kopanie leżącego :)
Książka opiera się na grze emocji pomiędzy głównymi bohaterami. Nie udało się tego oddać w filmie, także za sprawą gry aktorów (przyznaję, zadanie mieli niełatwe). Natomiast zupełnie nie rozumiem totalnie popsutych epizodów idealnie nadających się do sfilmowania, takich jak mecz bejsbolowy.
Tak, "chemia" między Bellą i Edwardem jest ładnie pokazana też w książce. Ponadto, w książce lepiej zarysowana jest sylwetka Edwarda jako takiego idealnego faceta, w filmie wg mnie jest on po prostu śmieszny (i całkowicie nie mój typ męskiej urody ;-)). Straszne gnioty - film jeszcze gorszy od książki (ode mnie: książka - 2/6 na B-netce i film - 1/10 na filmasterze).
michuk
napisał(a) o Zmierzch
Dość typowa komedia romantyczna z wampirami w tle. Do "Pozwól mi wejść" w swojej kategorii ma się mniej więcej jak "Django" do "Dobry, zły i brzydki" w świecie spaghetti westernów. Na plus: chemia między główną parą i kilka fajnych, "kinowych" scen. Na minus: fatalne CGI, całkowicie przypadkowy montaż i zdjęcia oraz nuda, nuda, nuda... aż chce się wyjść z kina.
NLJ
Aktorostwo na 6?? Czyje? Bo chyba nie głównych postaci? Nawet moja córka (swego czasu fanka sagi w wersji papierowej) była załamana aktorstwem.
michuk
Wydaje mi się, że aktorzy zagrali dokładnie tak jak chciała tego reżyserka. Dla mnie gra była przekonująca i odpowiednia do rodzaju filmu / historii. Dało się wyczuć między nimi jakąś chemię, czego zabrakło np. w najnowszym filmie Jane Campion ("Bright star"). Fajne były też niektóre postacie drugoplanowe, np Anna Kendrick w roli najlepszej kumpelki (w tym roku nominowana za Oskara za drugoplanówkę w "Up in the air").
NLJ
Czyli wina spada na p. Hardwicke ? "Bright star" nie widziałem ale chyba już nawet nie chcę szukać co to za produkcja (o oglądaniu nie wspomnę). Mnie niestety nie udało się tej chemii zobaczyć =o( Z jednym się zgadzamy: drugi plan był znacznie ciekawszy niż pierwszy. Wspomniana przez Ciebie Anna Kendrick w roli Jessici, Ashley Green w roli Alice czy Taylor Lautner w roli Jacoba. Jedynie Graham Green wydawał się w tym wszystkim nie do końca przekonany na temat własnej poczytalności ;o)
michuk
Tzn akurat "Bright star" to o wiele ciekawszy film od Twilight (a może bardziej pasuje tu określenie: nie ma z nim nic wspólnego). Mnie nie przypadł do gustu ze względu na tę zimność relacji Johna Keatsa z Fanny Brawne i stąd o nim wspomniałem.
A sam Twilight ma IMHO tyle fatalnych wad, jak kiepski:
- scenariusz (nie wypowiadam się o książce, podobno jest jeszcze gorsza, ale co z tego),
- zdjęcia i montaż wyglądające jakby amatorowi dano profesjonalny sprzęt i kazano kręcić artystycznie, z jak największą liczbą krótkich ujęć,
- czy budzące uśmiech na twarzy efekty specjalne, które po prostu nie powinny się były znaleźć w tym filmie, jeśli nie było na nie budżetu,
że znęcanie się nad aktorami jest jak kopanie leżącego :)
NLJ
ROTFL! Ale przynajmniej się wyłgałeś z 6 za aktorstwo =o)
tremor
Książka opiera się na grze emocji pomiędzy głównymi bohaterami. Nie udało się tego oddać w filmie, także za sprawą gry aktorów (przyznaję, zadanie mieli niełatwe).
Natomiast zupełnie nie rozumiem totalnie popsutych epizodów idealnie nadających się do sfilmowania, takich jak mecz bejsbolowy.
nic-mi-się-nie-podoba
Tak, "chemia" między Bellą i Edwardem jest ładnie pokazana też w książce. Ponadto, w książce lepiej zarysowana jest sylwetka Edwarda jako takiego idealnego faceta, w filmie wg mnie jest on po prostu śmieszny (i całkowicie nie mój typ męskiej urody ;-)). Straszne gnioty - film jeszcze gorszy od książki (ode mnie: książka - 2/6 na B-netce i film - 1/10 na filmasterze).
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook